„Jeżeli wy nie zrobicie, to kto?”. Alicja Klimaszewska o ratowaniu Cmentarza Na Rossie

Alicja Klimaszewska, która dziś obchodzi 90. urodziny, odegrała kluczową rolę w ratowaniu jednego z najważniejszych polskich i litewskich miejsc pamięci – wileńskiego Cmentarza na Rossie. Jej działalność była odpowiedzią na dramatyczny stan tej nekropolii w drugiej połowie XX wieku. Widziała, że Cmentarz na Rossie, miejsce o ogromnym znaczeniu historycznym i symbolicznym, ulega stopniowej degradacji: nagrobki niszczały, inskrypcje zacierały się, a wiele mogił wybitnych postaci pozostawało zapomnianych.

Rozpoczęta przez Alicję Klimaszewską akcja miała znaczenie nie tylko konserwatorskie, lecz także symboliczne. W czasach trudnych relacji politycznych i ograniczeń w pielęgnowaniu polskiego dziedzictwa na Wileńszczyźnie, opieka nad Starą Rossą stała się formą cichego, ale konsekwentnego dialogu z historią oraz wyrazem odpowiedzialności za pamięć zbiorową.

Prawie 30 lat Alicja Klimaszewska poświęciła pracy na rzecz Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Przez blisko trzy dekady pełniła funkcję jego prezesa, dziś pozostaje honorowym prezesem, a los Komitetu wciąż jest jej bardzo bliski. Jak podkreśla, mimo że formalnie przekazała stery młodszym, doskonale wie, co dzieje się w organizacji, czym żyją jej członkowie i jakie podejmują działania.

– Wiem, wiem, naturalnie wiem. Komitet jest w bardzo dobrych rękach – mówi z przekonaniem.

Z wyraźną satysfakcją dodaje, że ci, którzy przyszli po założycielach, nie tylko utrzymują wypracowany przez lata poziom, ale często starają się robić jeszcze więcej.

– Cieszy mnie, że oni próbują pracować na poziomie i nawet zrobić więcej, niż my robiliśmy – zaznacza Pani Alicja.

Zwraca uwagę, że obecne kierownictwo ma większe możliwości, m.in. dzięki nowym formom kwest i zbiórek organizowanych na Wileńszczyźnie.

Działalność Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą obejmuje dziś wiele inicjatyw: organizację kwest, wydawanie znaczków, monet, publikowanie książek oraz różnego rodzaju akcje społeczne. Dochody z tych działań przeznaczane są na renowację zabytkowych nagrobków i utrzymanie cmentarza.

– Na wszelkie sposoby starają się zdobyć jak najwięcej pieniędzy – podkreśla rozmówczyni.

Członkowie Komitetu pozostają z Alicją Klimaszewską w stałym kontakcie – dzwonią, odwiedzają ją, interesują się jej zdrowiem i codziennym życiem. To oni zorganizują także uroczystą kolację z okazji jej dziewięćdziesiątych urodzin, które przypadają na 23 stycznia.

Historia Komitetu sięga lat, gdy los wileńskich nekropolii nie był przedmiotem systematycznej troski. Pomniki stały latami bez remontów, a porządkowanie terenu ograniczało się do doraźnych, indywidualnych działań.

Przełom przyszedł z inspiracji z Polski. Jak wspomina Alicja Klimaszewska, impuls wyszedł od Jerzego Waldorffa – znanego krytyka muzycznego, publicysty i działacza społecznego, zaangażowanego w ratowanie polskich nekropolii.

Alicja Maria Klimaszewska / Fot. Mariusz Paluszkiewicz

Waldorff, przebywając w Wilnie przy okazji wydarzeń kulturalnych, zaczął interesować się losem Cmentarza na Rossie. Szukał ludzi, którzy byliby gotowi podjąć się trudnej i długofalowej pracy.

„Jeżeli wy tego nie zrobicie, to nikt więcej tego nie zrobi” – powtarzał, podkreślając, że odpowiedzialność za dziedzictwo spoczywa przede wszystkim na miejscowej społeczności. Zależało mu na znalezieniu zarówno Polaków, jak i Litwinów – ludzi zakorzenionych w Wilnie.

– W ten sposób trafił m.in. na Olgierda Korzenieckiego, znanego i cenionego okulistę, cieszącego się dużym autorytetem w środowisku litewskim. To dzięki niemu doszło do spotkania grupy Wilnian z Jerzym Waldorffem – wspomina Alicja.

Podczas rozmów Waldorff podkreślał wyjątkowy charakter Rossy.

– Macie taki piękny cmentarz i trzeba o ten cmentarz zadbać, trzeba zadbać o swoją tożsamość narodową – mówił.

Zwracał też uwagę, że na Rossie spoczywają nie tylko Polacy, lecz także Litwini – Wilnianie, którzy przez wieki współtworzyli miasto i jego kulturę.

Inicjatywa była wówczas czymś zupełnie nowym. Nie istniały podobne struktury ani doświadczenia, na których można by się oprzeć. Waldorff zaprosił więc przyszłych działaczy do Warszawy, by zapoznać ich z działalnością Społecznego Komitetu Opieki nad Warszawskimi Powązkami. Tam narodził się pomysł, aby podczas corocznych kwest na Powązkach równolegle zbierać środki na ratowanie Rossy.

Kolejnym kluczowym elementem była współpraca z Akademią Sztuk Pięknych w Warszawie.

– W Wilnie brakowało wówczas specjalistów zajmujących się profesjonalną konserwacją zabytkowych nagrobków. W Warszawie natomiast istniał odpowiedni wydział, którym kierował Adam Roman. Dzięki jego wsparciu najlepsi studenci byli kierowani do Wilna – opowiada honorowa prezes Komitetu.

– My będziemy zbierać pieniążki w Warszawie, a z tych pieniędzy opłacimy renowację – wspomina Alicja Klimaszewska. W ten sposób przez ponad 20 lat warszawscy restauratorzy pracowali na Rossie, ratując setki nagrobków.

Pierwsze kwesty na warszawskich Powązkach miały wyjątkowy charakter. Obok znanych postaci życia publicznego stanęli Wilnianie kwestujący na rzecz cmentarza rodzinnego miasta.

- Szczególnie licznie przychodzili dawni mieszkańcy Wilna, poruszeni możliwością wsparcia Rossy. Do akcji włączyły się Towarzystwo Wilna i Ziemi Wileńskiej oraz Towarzystwo Wilna i Grodna. Zbiórki prowadzone były przy dwóch bramach cmentarza, a sprawa Rossy została szeroko nagłośniona w warszawskich mediach – wspomina Alicja.

Grupę założycielską Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą tworzyli: Halina Jotkiałło, Jerzy Surwiłło, Alicja Klimaszewska oraz Olgierd Korzeniecki. Z czasem inicjatywa zaczęła przyciągać coraz więcej osób.

– Istotne wsparcie nadeszło ze strony Adama Błaszkiewicza, dyrektora Gimnazjum im. Jana Pawła II, który jako ówczesny kierownik harcerzy polskich zaangażował młodzież w porządkowanie cmentarza. Harcerze, a później także uczniowie innych polskich szkół – również z rejonu wileńskiego – regularnie pomagali w sprzątaniu Rossy, zwłaszcza jesienią, gdy cmentarz tonął w liściach – zaznacza jubilatka.

Z czasem zwrócono uwagę na problem grobów opuszczonych. Po wojnie wiele rodzin wyjechało do Polski w ramach repatriacji, inni zostali wywiezieni na wschód w wagonach towarowych.

– Nikt nie dbał o te mogiły, nikt nie zapalał światełka pamięci w Dniu Zmarłych – wspomina Pani Alicja. Zainicjowano więc zbiórki zniczy. Odzew Wilnian przerósł oczekiwania – znicze przynosili mieszkańcy miasta, szkoły i różne instytucje. Tak narodziła się kolejna ważna tradycja Komitetu.

Współpraca z litewskimi specjalistami odegrała ogromną rolę w powodzeniu działań.

– Przy pracach renowacyjnych pomagali m.in. profesor Eduardas Budreika oraz profesor Leonas Žuklys. Budreika bezpłatnie wykonał projekt pomnika Antoniego Wiwulskiego, nie pobierając za to żadnego wynagrodzenia. Podobnie Žuklys – jego pomoc miała wyłącznie charakter społeczny – dodaje rozmówczyni.

Cała działalność Komitetu od początku opierała się na pracy społecznej.

– Ja nie dostaję żadnych pieniędzy, bo jest to praca społeczna – podkreśla Alicja Klimaszewska. Ta zasada obowiązuje do dziś i stanowi fundament etosu organizacji.

Dzięki determinacji Komitetu do działań został zmuszony Samorząd Miasta Wilna. Sprawy Rossy stały się głośne, choć, jak zauważa rozmówczyni, nie wszystkie prace wykonano właściwie. Część renowacji powierzono firmom bez odpowiednich kompetencji, mimo że środki pochodziły z funduszy europejskich. Nowe władze Komitetu odmówiły podpisania odbioru prac, określając je wprost jako „partactwo”.

Aktywni członkowie Komitetu, m.in. Dariusz Żybort i Dariusz Lewicki, regularnie interweniują, pisząc pisma do samorządu i zwracając uwagę na kolejne problemy.

– Szczególnie Darek Lewicki, to człowiek oddany tej pracy całym sercem – mówi Pani Alicja.

Jednym z nieustających problemów na cmentarzu pozostają drzewa, które po burzach zagrażają nagrobkom.

– Na Rossie część najbardziej niebezpiecznych drzew została już usunięta, ale podobne zagrożenie dotyczy Cmentarza Bernardyńskiego, gdzie nie działa analogiczny Komitet. Mimo to Społeczny Komitet Opieki nad Starą Rossą interesuje się także innymi nekropoliami, pomaga w porządkach i zapalaniu zniczy pamięci – wyjaśnia.

Zaangażowanie społeczne, jak podkreśla Alicja Klimaszewska, stopniowo rośnie. „Kto, jak nie my” – to zdanie, które często powtarzał Jerzy Waldorff, wciąż pozostaje aktualne.

Z goryczą Alicja Klimaszewska mówi jednak o braku trwałej obecności Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Wilnie i o niewystarczającym zaangażowaniu Związku Polaków na Litwie. Jej zdaniem zabrakło konsekwencji i zrozumienia, że praca społeczna nie przynosi materialnych korzyści.

Nie brakowało również trudnych doświadczeń. Alicja Klimaszewska wspomina konflikty z Fundacją Montwiłła, założoną przez Pana Sosnowskiego, który wielokrotnie blokował działania Komitetu i kierował sprawy na różne komisje.

– Paradoksalnie, w tych sytuacjach wsparcia częściej udzielali Litwini niż rodacy. Wtedy przekonałam się, że z Litwinami warto współpracować – podkreśla.

Największym wyróżnieniem w jej życiu jest Statuetka Świętego Krzysztofa, przyznana przez miasto Wilno. To dla niej symbol uznania dla pracy społecznej, wykonywanej bezinteresownie przez lata.

Patrząc z perspektywy swojego życia – przeżytego w różnych ustrojach, naznaczonego doświadczeniem wojny, przesiedleń i walki o tożsamość – uważa, że ocalenie Rossy było jednym z najważniejszych dzieł.

– Czasem pewne sprawy są wręcz nie do pomyślenia, ale właśnie dlatego warto brać odpowiedzialność za to, co wspólne – podkreśla Alicja Klimaszewska.

Patrząc z perspektywy lat, trudno jej sobie wyobrazić, jak wyglądałby dziś cmentarz, gdyby Komitet nigdy nie powstał.

– Jestem bardzo zadowolona, że ta inicjatywa założona przez nas czterech przetrwała tyle lat i znalazła się w dobrych rękach – podsumowuje honorowa prezes Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą.

(Rozmawiała dziennikarka Polskiej Redakcji Radia LRT Renata Dunajewska)