Poświęcamy pamięci naszych Przyjaciół – śp. Jerzemu Waldorffowi oraz członkom Komitetu, śp. Olgierdowi Korzenieckiemu, śp. Jerzemu Surwile i śp. Halinie Jotkiałło. 

 

   Społeczny Komitet Opieki nad Starą Rossą został założony w 1990 roku z inicjatywy i przy wsparciu śp. Jerzego Waldorffa, prezesa Społecznego Komitetu Opieki nad Powązkami. Działalność Komitetu, to przede wszystkim opieka nad pomnikami na Rossie, a także ich renowacja. W ciągu ponad 20 lat działalności staraniem Komitetu zostało odnowionych ponad 50 pomników, wzniesiono 4 nowe. Działalność Komitetu jest społeczna, a środki na odnowienie pomników są zbierane podczas kwest przede wszystkim w Warszawie i Wilnie. Darczyńcami są też osoby prywatne i stowarzyszenia.

Prezesem Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą jest pani Alicja Maria Klimaszewska.

Założyciele Komitetu:

Alicja Maria Klimaszewska.

ś. p. Halina Jotkiałło

ś.p. Olgierd Korzeniecki

ś.p. Jerzy Surwiło

 

... kiedy gaśnie pamięć ludzka, zaczynają mówić kamienie”
Kardynał Stefan Wyszyński

 

O Społecznym Komitecie Opieki nad Starą Rossą

„Wieczorem łuna wielka od świeczek na Rossie i innych cmentarzach pali się nad całym Wilnem” – pisał w okresie międzywojennym Stanisław Mackiewicz – Cat. Tak było dawniej i starzy wilnianie o tym pamiętają. Gdy wreszcie zaczęły się zmiany na Litwie, grupa wilnian, mieszkająca tutaj od wieków, zastanawiała się jak pomóc naszej najstarszej nekropolii Rossie. Cmentarz był w coraz gorszym stanie, a przecież Rossa – świątynia pamięci, na której spoczywają nasi słynni Rodacy. Jeżeli znikną ich groby, zniknie i nasza historia. A cmentarz powoli umierał. Powodów było wiele: po pierwsze nieubłagalny czas robił swoje. Rossa liczyła około dwustu lat. Po drugie okres sowieckiego panowania wyrządził ogromne spustoszenia. Na cmentarzyk wojskowy nie było wstępu, o groby opuszczone nie można było zadbać, wreszcie cmentarze otrzymywały plany, ile muszą państwu zdać złomu metalowego. Możemy domyślać się, skąd był ten złom. Po trzecie okazało się, że większość grobów nie ma swych opiekunów. Zniknęła łuna nad miastem od świeczek na cmentarzach. Po II wojnie światowej większa część wilnian wyjechała na Zachód, uciekając przed sowieckimi represjami, a druga część mieszkańców Wilna przymusowo została wywieziona na Wschód. Po czwarte, wandale i złodzieje. Pierwsi bezmyślnie niszczyli grobowce, a drudzy kradli co się da. Gorączkowo szukaliśmy sposobu ratowania cmentarza. I nieoczekiwanie los był dla nas łaskawy.

   U schyłku lat 80-tych gościł w Wilnie Teatr Wielki z Warszawy, a wraz z teatrem był w naszym mieście nieodżałowany śp. Jerzy Waldorff. Był on niezmiernie zafascynowany miastem, a zwłaszcza Rossą. Urzekła Go nasza piękna nekropolia, jej śliczne położenie, stare pomniki, ale zasmuciła Go wielka ruina cmentarza. Chyba było to przeznaczenie, poznaliśmy Go w teatrze, w czasie przerwy. Maestro zaczął rozmowę od cmentarza. I nagle rzekł: „Pamiętajcie, musicie coś z tym zrobić. I to natychmiast. Ojczyzna – to ziemia i groby. Zabierajcie się do pracy, póki nie za późno”.

Śp Jerzy Waldorff był prezesem działającego od wielu lat w Warszawie Społecznego Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami. Postanowił, bez namysłu, że zapozna nas z pracą swego Komitetu i zaprosił nas do Warszawy, w celu zapoznania się z jego pracą, co i jak trzeba robić, skąd wziąć pieniądze na odnawianie pomników, gdzie znaleźć konserwatorów i to dobrych fachowców. Tak zostaliśmy zaproszeni do Warszawy. Była to delegacja Związku Polaków na Litwie, w skład której oprócz mnie, Alicji Klimaszewskiej, weszli: Halina Jotkiałło, śp. Jerzy Surwiło, śp. Olgierd Korzeniecki, Nina i Jan Sienkiewiczowie. Przyjęci zostaliśmy z otwartymi ramionami, po królewsku.

   I w Warszawie ze strony Mistrza padła druga propozycja: „Warszawskie Powązki – Wileńskiej Rossie”. A to oznaczało, że będziemy mogli kwestować na Powązkach na rzecz wileńskiej Rossy. Nie mieściło się nam w głowach, że w ten sposób zdobędziemy pieniądze na odnowę pierwszych pomników. Poznaliśmy wspaniałych ludzi z Komitetu warszawskiego – śp. Zosię Rentowską, kierowniczkę biura Komitetu, panią Halinę Szwankowską, Grażynę Wróblewską, Irenę Witkowską, panów Jacka Cydzika, Andrzeja Michałowskiego, Adama Romana, śp. Janusza Durko, prof. Andrzeja Bliklego. Byli to ludzie bardzo zaangażowani w sprawy odnowy Powązek i zawsze gotowi przyjść z bezinteresowną pomocą Wilnu.

   Po powrocie do Wilna założyliśmy swój komitet – Społeczny Komitet Opieki nad Starą Rossą. Za zgodą Warszawy nazwę zapożyczyliśmy od warszawian. Komitet nasz działał w ramach Związku Polaków na Litwie. Był to rok 1990. Teraz jesteśmy samodzielną organizacją. Warszawski Komitet pomógł nam wytypować pierwsze pomniki. Do Wilna przyjechał prof. Adam Roman, Tadeusz Rutkowski historyk sztuki oraz prezes Ogólnopolskiego Towarzystwa Opieki nad zabytkami.

   Profesor Adam Roman kierował wydziałem rzeźby na ASP w Warszawie, skontaktował nas z konserwatorami, którzy ukończyli wydział konserwacji rzeźb kamiennych, polecił ich nam jako dobrych fachowców. Byli to Jolanta Gasparska, Piotr Zambrzycki i Zenon Sadecki. Wkrótce Jola Gasparska została kierownikiem działu konserwacji rzeźb kamiennych w Wilianowie i zrezygnowała z przyjazdów do Wilna, bo nawał obowiązków nie pozwalał jej na przyjazdy do nas. Panowie Piotr Zambrzycki i Zenon Sadecki współpracują z nami nadal. A to już ponad 15 lat. Powoli zaczęła rozkręcać się nasza praca: jesienią kwestowanie na Powązkach, a latem odnawianie 1-2 pomników na Rossie z pieniążków zebranych podczas kwesty. W kwestach na Powązkach zaczęły nam pomagać stowarzyszenia kresowe – Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, prezesem którego był pan Bogusław Niziński, Towarzystwo Przyjaciół Wilna i Grodna, prezesem była Barbara Reszko, a obecnie – Lesław Skinder. Za tą pomoc jesteśmy im bardzo, bardzo wdzięczni. Wielu z nich ma swoje korzenie w Wilnie lub na Wileńszczyźnie. Dlatego bardzo szczegółowo wypytują o Wilno, interesują się życiem miejscowych Polaków, każą nam się kłaniać Ostrobramskiej, marzą, żeby jeszcze zobaczyć miasto młodości. Niech spełnią się ich marzenia, bo są to ludzie wiekowi. Jesteśmy im wdzięczni również za to, że nie jest przyjemnością kwestowanie późną jesienią, czasem w deszczu lub na mrozie, ale bohatersko kwestują przy 4 bramie i cieszą się jak dzieci, że tym razem udało się więcej zebrać. Marzną, ale cóż się nie robi dla ukochanego Wilna.

   Do pomocy włączyły się inne towarzystwa kresowe, np. Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna w Ełku, prezesem którego jest szanowna pani Halina Orzechowska. Zawdzięczajac ich pomocy w ciągu tych 20 lat, śmiało mogę powiedzieć, zaprzyjaźniliśmy się z wieloma warszawiakami. Z łezką w oku wspominamy nieocenioną śp. Zosię Rentowską i jej męża śp. Franka. Chęć służenia ludziom widocznie miała ta kobieta we krwi. Pochłaniała ją praca w Społecznym Komitecie Opieki nad Starymi Powązkami. Czyniła wszystko, by warszawski Komitet wspierał renowację polskich zabytków na wileńskiej Rossie, a wileńscy kwestarze czuli, że są miłymi gośćmi. Przygarnęła nas pod swój dach, żebyśmy mieli gdzie odpocząć po dniu kwestowania i skosztować przepysznych dań, przygotowanych przez jej męża Franka, który był legionistą 6 Pułku Ułanów i stacjonował do wybuchu II wojny w Wilnie. Mieszkanie mieli skromne, małe, ale nie chcieli słyszeć, byśmy zamieszkali w hotelu. To u nich kołysankę do snu mruczał nam kot Kubuś.

   A potem pod swe skrzydła przygarnął nas dyrektor Muzeum Historycznego Warszawy śp. profesor Janusz Durko. Dzięki Niemu mogliśmy mieszkać na warszawskiej Starówce w pokoju gościnnym muzeum. Warunki mieliśmy fantastyczne. Profesor ciągle wypytywał, czy czegoś nam nie brakuje, czy jest ciepło w pokoju. „Przychodzicie zmęczeni, więc musicie porządnie odpocząć” – twierdził. Profesor był znanym specjalistą z zakresu historii, archiwistyki, muzeologii, jednocześnie wspaniałym człowiekiem o złotym sercu. Takich ludzi na swej drodze spotkaliśmy więcej.

   Blisko Powązek mieliśmy drugi – zaprzyjaźniony – dom. Dom Danuty i Igora Śmiałowskich. Tam też czekano na nas z otwartymi ramionami. Czekano na Halusię i Alusię, na ich śpiewny akcent, bo to śp. Igorowi przypominało rodzinne Wilno. Wpadaliśmy, by porozmawiać o Wilnie, opowiedzieć czego dokonaliśmy za uzbierane pieniądze, a pani Danusia częstowała nas przepysznym bigosem, specjalnie przygotowanym na nasz przyjazd.

   Odkąd zaczęliśmy kwestować na Powązkach, nigdy nie omijała naszą puszkę rodzina Piłsudskich, ale że spotkamy się osobiście, tego nie spodziewaliśmy się. Historyk pani Hanna Szwankowska poinformowała, że córki Józefa Piłsudskiego – Wanda i Jadwiga chcą się spotkać z nami osobiście. Zostaliśmy zaproszeni do Wilianowa, gdzie Panie Piłsudskie chcą porozmawiać o grobach rodzinnych na wileńskiej Rossie. Trema ogromna, ale okazało się niepotrzebna. Znaliśmy je ze zdjęć – z Pikieliszek lub idące w kondukcie żałobnym za urną z sercem Ojca na wileńską Rossę. Rozmowa była miła, serdeczna. Opowiadały o swoim losie, który po 1939 roku rzucił je daleko od Ojczyzny. Gdy Polska odzyskała niepodległość wróciły do kraju, zamieszkały w Warszawie. Przy herbatce rozmawiamy oczywiście o Wilnie, Pikieliszkach, Zułowiu. Mówią, że tęsknią za miłym miastem, pamiętają o krewnych spoczywających na wileńskich cmentarzach. Jest miło i przyjemnie. Przekonujemy się, iż skromność i serdeczność jest udziałem ludzi nietuzinkowych. Marzą, żeby chociaż raz zobaczyć ukochane miasto. A potem zaproszono nas do Sulejówka, gdzie powstało Muzeum Pamięci Józefa Piłsudskiego.

   Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym bliskim nam człowieku – profesorze Adamie Romanie, znakomitym polskim artyście, rzeźbiarzu, cenionym konserwatorze rzeźby kamiennej. Piotr Zambrzycki powiedział: „To prawdziwy Profesor, człowiek z klasą. Jest zawsze bezpośredni i miły”. Przekonaliśmy się o tym i my. Ilekroć kwestowaliśmy na Powązkach, spotykał się z nami, a rozmowy z Nim na długo w pamięci pozostaną. To zaszczyt znać osobiście autora wielu rzeźb, w tym tej jednej najnowszej – Jana Pawła II, która stanęła na dziedzińcu w Bardzie Śląskim. Profesor był uczestnikiem AK, brał udział w Powstaniu Warszawskim, cudem ocalał. Rozmowy z Nim – przy herbatce w Jego mieszkaniu – trwały po późnych godzin wieczornych. Nawet nie odczuwaliśmy zmęcznia po całodniowej kweście. Te rozmowy podbudowywały nas moralnie.

   Jeszcze trzeba wspomnieć o przemiłej rodzinie pani Mariquicie i śp. Jerzym Węsławskich. To był wielki zaszczyt ich poznać. A w rodzinie Zofii i Zdzisława Zambrzyckich to czujemy się jak u bliskich krewnych. Dzięki Wam wszystkim za dobroć serca.

   Przyjaciel śp. Olgierda Korzenieckiego Kazimierz Siebielski przyjeżdża do Warszawy na kwestę aż z Koszalina. Nie jest wilnianinem, nie ma tutaj korzeni. Ale jak mówi, z obowiązku. A my wilnianie uważamy go za swego. Kwestujemy razem z naszymi pomocnikami i przyjaciółmi 20 lat. Pani Lidia Borucińska przyjeżdża z Marek. Nawet bierze dzień urlopu, aby pomóc nam w kwestowaniu.

   Wielkim ciosem było dla nas odejście Jerzego Waldorffa, przeżywaliśmy to boleśnie. Ale przypomnieliśmy Jego słowa: „Co by się nie stało, trzeba iść dalej, pracować, ożywiać kamienie, bo one będą mówić za nas”. I przypomnieliśmy książkę „Uszy do góry”, którą otrzymaliśmy na pamiątkę z dedykacją: „Czyńcie to, co zamierzyliście, co zaplanowaliście – uszy do góry”. Więc działaliśmy dalej, tym bardziej, że nowy prezes Społecznego Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami Marcin Święcicki postanowił kontynuować akcję „Warszawskie Powązki – Wileńskiej Rossie” – Bóg mu zapłać za to.

   Ale początki naszej pracy nie były łatwe. Nikt z nas nie miał doświadczenia w tej dziedzinie, nie znał się na wielu rzeczach. Ale wkrótce nawiązaliśmy współpracę z władzami odpowiedzialnymi za cmentarz na Rossie, z architekt Živilė Mačionienė i z Audronė Vyšniauskienė, starszą inspektorką z Departamentu Dziedzictwa Kulturowego przy Ministerstwie Kultury Litwy, z Akademią Sztuk Pięknych w Wilnie. Szczególną pomoc otrzymaliśmy od śp. Profesora Eduardasa Budreiki. Jego cenne rady, pomoc w rozwiązaniu wielu spraw były nieocenione. Bez niego na początku naszej działalności nie dalibyśmy rady. I ze wstydem trzeba przyznać, że na pomoc niektórych naszych „działaczy” nie mogliśmy liczyć. Zamiast pomagać – przeszkadzali.

   W roku 2004 z pomocą przyszedł Związek Harcerstwa Polskiego na Litwie, którego wówczas przewodniczącym był Adam Błaszkiewicz. To z inicjatywy jego i ówczesnej Naczelniczki Harcerek phm. Zyty Kołoszewskiej harcerze zorganizowali kwestę na wileńskiej Rossie. Jest ona kontynuowana do dziś, a pieniądze są przekazywane Społecznemu Komitetowi Opieki nad Starą Rossą.

I tak już działamy 20 lat...

Wspomnieniami podzieliła się Alicja Maria Klimaszewska

prezes

sierpień 2010 r.